Dawid Jurczyk – ProjektINK

22/09/2020
Wywiady

Wspólnie z Dawidem, prowadzącym kanał ProjektINK oraz współtwórcą Bez Kanału udało mi się poruszyć niezwykle ciekawy temat rynku tatuażu w Stanach Zjednoczonych. Jak wyglądają tamtejsze konwenty? Jak bardzo specyfika pracy odbiega od tego, co znamy z Polski? Dawidowi udało się zwiedzić kilka kultowych miejscówek, które my znamy i możemy podziwiać wyłącznie w programach telewizyjnych. Któż nie pamięta słynnego “Miami Ink – studio tatuażu” lub jego późniejszej edycji “LA Ink”, jaka powstawała w lokalu słynnej Kat von D? Jestem przekonana, że dzięki lekturze tego wywiadu poczujecie się tak, jakbyście tam byli!

Twórczość "Bez Kanału"

M.W.: Dałeś się poznać czytelnikom, podczas naszej poprzedniej rozmowy, dotyczącej twoich wizyt w Stanach. Powiedz mi zatem, jaka jest historia twojego drugiego projektu, czyli “Bez Kanału”?

D.J.: Mój kolega, a obecnie partner biznesowy Patryk Suliga, wpadł na koncepcję prowadzenia takiego kanału z inną osobą, której w tej chwili już nie ma w ekipie. Po jakimś czasie ja wskoczyłem na jej miejsce. Nasze pierwsze, wspólne odcinki wygenerowały miliony wyświetleń. Sprawdzaliśmy skuteczność konkursów na skalę hurtową. Najlepiej będzie jak wyjaśnię to przykładzie: kupowaliśmy 100 sztuk piwa, objętego akcją promocyjną “kup jedno, zarejestruj kod i sprawdź czy wygrałeś”. Chcieliśmy w ten sposób zweryfikować, czy obietnice producentów pokrywają się z rzeczywistością. Tym sposobem testowaliśmy też zdrapki, popularne gry liczbowe, automaty z zabawkami lub maszyny typu coin pusher. Tworzony przez nas content bardzo przypadł ludziom do gustu, dzięki czemu kanał szybko się rozwinął. W tej chwili mamy ponad 320 tysięcy subskrybcji oraz realny wpływ na świat tzw. “legalnego hazardu”. Parę razy dowiedliśmy, że jedynym celem danej maszyny jest wyciąganie pieniędzy od gracza. Takie automaty szybko znikały z miejsc, które odwiedziliśmy. Cóż, o naszych dokonaniach kilkukrotnie pisały popularne serwisy internetowe, jak choćby WP. Oczywiście udało się nam zdobyć parę nagród; między innymi weekendowy wyjazd do Berlina dla 4 osób. Dobrze się przy tym bawimy, bo po prostu lubimy to co robimy. 

 

M.W.: Czyli waszym celem jest uświadamianie ludzi z czym wiąże się ryzyko grania oraz jak robić to mądrze? 

D.J.: Oczywiście, od początku przyświecał nam taki cel. Nie liczy się prawdopodobieństwo wygranej, ponieważ ono jest naprawdę niewielkie. Trzeba być urodzonym szczęściarzem. Emocje, chwilowa radość, którą daje udział w konkursie lub grze – tego pragniemy nauczyć widzów naszego kanału. 

ProjektINK - pierwszy kanał o tataużach

M.W.: Skupmy się zatem na twojej, indywidualnej działalności internetowej czyli ProjektINK. Skąd w ogóle pomysł, aby nagrywać o tatuażu?

D.J.: Cóż, interesuję się tym tematem odkąd pamiętam, a mam w tej chwili 34 lata. Już jako dziecko ozdabiałem swoje ręce własnymi, nietrwałymi malunkami. Fascynowała mnie ta sztuka. Mało osób wie, że bardzo szybko chwyciłem za maszynkę. Zacząłem uczyć się tego fachu 15 lat temu, jednak uległem pod naciskiem rodziny oraz bliskich. Ciągle słyszałem z ich strony: “Nie wkręcaj się w tatuowanie, bo to nie ma sensu, z tego nie będzie żadnych pieniędzy, to zawód bez przyszłości.” Do dzisiaj żałuję, że ich wówczas posłuchałem… aczkolwiek, jak dobrze wiesz, udało mi się wrócić do branży. Otworzyłem własną pracownię w Kluczborku, którą prowadzę już 2-gi rok. 

Wracając jednak do tematu kanału; w 2015 roku doznałem nagłego olśnienia. Stwierdziłem, że to jest właśnie ten czas, ten właściwy moment, aby zacząć vlogować o tatuażach. Założyłem bloga w serwisie blogspot.com, nagrywałem filmy, które na samym początku nie cieszyły się zbyt dużą popularnością, ponieważ nie miałem pojęcia o montażu. Niektórzy zarzucali mi, że robię to nieudolnie. Inni byli zachwyceni moimi materiałami, a ja… po prostu opowiadałem o tej sztuce. Dzieliłem się zdobytym  doświadczeniem i przedstawiałem środowisko ze swojej perspektywy. Przez kilka dobrych lat bardzo intensywnie działałem w sieci. Z czasem udało mi się również zebrać całkiem pokaźną ilość członków na facebookowej grupie – ponad 5000 tysięcy osób. Odnoszę wrażenie, iż byłem pierwszą osobą, która zgromadziła taką liczbę entuzjastów sztuki tatuażu i podpisywała się swoim nazwiskiem pod każdym, opublikowanym na mediach społecznościowych postem. Wspominam ten okres z wielkim sentymentem. Obecnie… trochę przycichłem, co nie znaczy oczywiście, że oddaję pałeczkę innym. Nie mam problemu z tym, że powstają kanały, które wypełniają tę tematyczną niszę. Jeśli ich twórcy publikują jakościowe treści, to wyjdzie wszystkim nam na dobre

Wiem, że sporo osób zyskało na mojej działalności. Otworzyłem oczy nie jednemu przeciwnikowi dziar w czasach, kiedy były one kontrowersyjne. Otrzymywałem i nadal otrzymuję wiadomości od widzów, którzy przekonali do tej sztuki swoich rodziców albo dziadków. Generalnie ludzi starszej daty. Sporo osób skorzystało również na mojej serii “Od zera do tatuatora”. Czuję, iż te filmiki mają prawdziwą wartość. Może nie zawsze byłem idealnie przygotowany do występu przed obiektywem; ja jednak stawiam na autentyczność. Mówię szczerze, od serca. Chyba właśnie tym zjednałem sobie ludzi.

 

M.W.: Jest to wiedza aktualna i ponadczasowa, zgadza się?

D.J.: Tak! Materiały sprzed 3 czy 4 lat nadal są odtwarzane. Swego czasu rozprawiłem się z kilkoma naprawdę bzdurnymi mitami, dotyczącymi sztuki tatuażu. Skomentowałem między innymi wypowiedź księdza, twierdzącego że ten zabieg może prowadzić do bezpłodności. Oczywiście zrobiłem to w sposób kulturalny! Tego typu tematy wracają w mediach jak bumerang.

 

M.W.: Cóż, nie dziwię się, że użytkownicy YouTube skorzystali na Twojej wiedzy – byłeś pierwszym twórcą w Polsce, który podjął się tego tematu.

D.J.: Poniekąd przecierałem szlaki innym. Poza tym wielu tatuatorów, jakich zapraszałem do udziału w filmach, zyskało dzięki temu klientów. Przykładem niech będzie Florian; tatuujący twarz na jednym z moich materiałów. Pokazywałam również warty uwagi sprzęt, przez co poniekąd wpłynąłem na decyzje zakupowe moich widzów.

 

M.W.: Okej, pomogłeś wielu osobom, zarówno klientom salonów tatuażu jak i samym artystom. Chciałabym jednak wiedzieć, czy twoja internetowa działalność okazała się być pomocna przy rozkręcaniu własnego biznesu?

D.J.: Własną pracownię mam od roku, ale tak jak już wspominałem – do fachu wróciłem jakieś dwa lata temu. Oczywiście zdobyte doświadczenie, dokumentowanie i nieustanne obserwacja rozwijającej się branży pozwoliła mi szybko rozkręcić biznes. Rozwinięte social-media to złoto! Zyskuję klientów dzięki ugruntowanej pozycji w Internecie. Trafiające do mojego salonu osoby mówią otwarcie, że znalazły mnie przez Instagrama czy YouTube.

Co ciekawe działalność internetowa pomogła mi również w nieco inny sposób. Stałem się rozpoznawalny w środowisku medialnym. Przez chwilę byłem brany pod uwagę jako kandydat na stanowisko specjalisty od tatuażu w programie “Druga Twarz”. Jednak finalnie angaż dostał Dzwonek. Moim zdaniem słusznie, ponieważ ma on swoją sieć salonów i zna się na tej sztuce jak mało kto. Poza tym, przy realizacji pierwszej edycji “Big Brother”, zaszedłem naprawdę daleko. Niestety odpadłem w ścisłym półfinale, po którym uczestnicy wchodzili do domu. 

 

M.W.: Pomówmy zatem o Twoich tatuażach. W jakim wieku zdecydowałeś się na swój pierwszy wzór?

D.J.: W sumie o tych wszystkich tatuażach opowiadam w jednym z ostatnich odcinków. Pierwszy wykonałem w 2002 lub 2003 roku. Robiłem go u naszego, lokalnego tatuatora Ogona, a był to mały, chiński znaczek na lędźwiach. Nie ma on żadnego znaczenia i był kopią wzoru, który zobaczyłem kiedyś w “Bravo”. Inspiracje czerpałem z muzyki oraz zagranicznych gazet. Słuchałem kapel rockowych: Linkin Park, Crazy Town czy Red Hot Chilli Pepers, bo od dawna jestem fanem tego gatunku. Miałem dostęp do niemieckiej prasy, ponieważ moja rodzina tam mieszka.

 

M.W.: Czyli masz jakiś swój ulubiony styl, czy są to raczej luźne inspiracje, które przekładasz później na konkretne kompozycje?

D.J.: Cóż, dawniej nie zdecydowałbym się na kolorowy tatuaż, ale teraz patrzę na tę sztukę zupełnie inaczej. Jeszcze 4 lata temu nie mieściło mi się w głowie dziaranie na konwentach! Jednak sporo podróżowałem po kraju, starając się nagrywać relacje z takich imprez na mój kanał. Zbiegło się to w czasie z operacją kolana, która uniemożliwiła mi chodzenie… a wszyscy wiemy, ile kroków można zrobić podczas dokumentowania każdej konwentowej atrakcji! Okoliczności sprawiły, że przełamałem w sobie  niechęć i tym sposobem wylądowałem w boxie Maurycego Szymczaka, który dziarał wówczas na krakowskim TATTOOFEŚCIE. Maurycy wrzucił wolny wzór na swojego Facebooka i… kiedy go zobaczyłem, od razu wiedziałem, że muszę go mieć! Projekt, który finalnie wylądował na mojej nodze, przedstawia niedźwiedzia obejmującego swoje młode. Ten tatuaż odzwierciedla relacje pomiędzy mną a moim synem. Jakiś czas temu byłem przeciwny dziarom na głowie, ale w tej chwili nie widzę w tym nic złego. Generalnie – nie mam ulubionego stylu. Wychodzę z założenia, że dany motyw musi mi się spodobać. Działam spontanicznie. Podobnie sprawa ma się z artystami. Każdy tatuator, jakiego spotkałem, wniósł coś wartościowego, zmienił mój sposób postrzegania tej sztuki.

 

M.W.: Podsumowując naszą rozmowę, chciałabym zapytać cię czy masz jakąś radę dla osób, które chcą rozwijać swoje pasje, ale nie wiedzą od czego zacząć?

D.J.: Może zabrzmi to jak stara śpiewka, ale… trzeba po prostu robić to, co się kocha i konsekwentnie dążyć do spełnienia swoich marzeń. Czasami ten proces trwa. Nie wszystkim udaje się “wybić” i to jest jak najbardziej w porządku! Niezależnie od obranej dziedziny – mowa tu zarówno o dziaraniu, jak i tatuowaniu – osiągnięcie celu wymaga poświęceń i ciągłego doskonalenia swoich umiejętności. Przyjdzie moment, że ktoś to dostrzeże, a ciężka praca się opłaci.

dawid jurczyk / projektink / tatuaże / youtuber

SHARE

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr