Skip to main content


NEWSLETTER

To nie PLACEBO czyli… terapia stand-upem

Komik, stand-uper, aktor, konferansjer, scenarzysta, twórca internetowy, założyciel fundacji o przewrotnej nazwie… Psia Krew. Nie sposób powiedzieć, że Adam Van Bendler zajmuje się po prostu solowymi występami komediowymi, chociaż to zapewne nietuzinkowe podejście do tej sztuki przysporzyło mu największą popularność. Jego programy, okraszone nutką czarnego humoru, pozwalają z dystansem spojrzeć na ważne, społeczne problemy… i chyba właśnie to jest klucz do osiągnięcia sukcesu na scenie. A tatuaże? Cóż, dla tego artysty mają symboliczne znaczenie. Poza tym – to właśnie najbardziej hardcre’owe żarty padały podczas występu na gdańskim konwencie tatuażu!


M.W.: Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu dużą popularnością cieszyły się kabarety; obecnie stand-up ma swoje pięć minut. Dlaczego postanowiłeś postawić na solowe występy komediowe?

A: Bo wiedziałem, że kabarety są znacznie bardziej lajtową formą wyrazu, a ja chciałem opowiedzieć coś widzom w sposób dosadny. Poza tym, jeśli na scenie nie wszystko idzie po mojej myśli, pretensje mogę mieć wyłącznie do siebie i w samym sobie szukać rozwiązań. Samodoskonalenie czyni mnie nie tylko lepszym komikiem, ale też lepszym człowiekiem – bo show biznes to naprawdę ciężki kawałek chleba.

M.W.: Swoją przygodę zaczynałeś pod okiem Abelarda Gizy. Czy odebrałeś jakieś wykształcenie aktorskie, zanim wystąpiłeś na legendarnej, gdańskiej scenie “elżbietańska 6 na ostro”?

A: Zanim pierwszy raz wyszedłem na scenę, uczestniczyłem w warsztatach improwizacji; świetna sprawa! Poza tym chodziłem również na zajęcia teatralne. Jednak prawdziwą „szkołę życia” dostałem, stojąc na scenie po raz pierwszy sam przed mikrofonem – mogłem wówczas polegać wyłącznie na sobie. Niesamowity poligon emocjonalny. Piękne czasy!

M.W.: Mimo komediowej otoczki w swoich stand-upach poruszasz ważne społecznie tematy. Chcesz w ten sposób skłonić publiczność do refleksji, czy może pozwolić widzowi nieco zdystansować się do tych problemów?

A: Myślę, że jedno i drugie. Jestem naprawdę szczęśliwy, że w końcu udało mi się przełamać i znalazłem w sobie siłę, aby te trudne tematy wnieść do programu. We wcześniejszych latach kariery cieszyłem się, że w ogóle potrafiłem sprawnie podawać żarty…, ale przyszedł moment, w którymsam storytelling już mnie tak nie satysfakcjonował. Zacząłem szukać tematów, jakie pozwoliłyby mi na sformułowanie żartów abstrakcyjnych – a z biegem czasu – poruszających również ważne tematy społeczne. Naturalnie bazowałem na przykładach z własnych przeżyć.

M.W.: Jakimi cechami powinien odznaczać się komik, który pragnie rozbawić polską publiczność? Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę naszą narodową mentalność może być to trudne…?

A: Przede wszystkim  powinien być charyzmatyczny. Musi mieć w sobie „to coś”, co wyróżni go spośród reszty. Ponadto w pracy komika liczy się również dobry research. Trafny wybór tematów, dostosowanych do mentalności polskiego odbiorcy oraz ich odpowiednie przedstawienie, to umiejętności niezwykle ważne. Myślę też, że dobry komik w pierwszej kolejności żartuje sam z siebie, a podczas występu na scenie pozostaje naturalny. Nie stara się na siłę zmieniać swojej osobowości.  

M.W.: Sama lubuję się w czarnym humorze i przekonałam się niejednokrotnie, że tego typu żarty oburzają szczególnie starsze osoby. Zauważyłeś taką zależność?

A: Nie zawsze tak jest. Znam też sporo starszych osób, które wręcz przepadają za stand-upem. Uważam, że ten kto ma się obrazić i tak się obrazi – niezależnie od tego czy będzie to „ciężki” czarny humor, czy też luźniejszy żart. Z moich obserwacji wynika, iż najczęściej wkurzają się osoby, których dany temat boleśnie dotyka. Jeśli chodzi o newralgiczną tematykę to na pewno zaliczyłbym do niej wypowiedzi, poruszające kwestie religijne. Wcale mnie to nie dziwi, bo jest dużo hardcore’owych żartów w tym zakresie.

M.W.: Występy na scenie nie są jedyną działalnością, jakiej się podjąłeś; czy planujecie kontynuować działalność na kanale “Prosto w kanał”  wspólnie z Michałem Grzybem i Czarkiem Sikorą?
A: Oczywiście! Kiedy tylko mamy trochę czasu i nowych, świeżych pomysłów – staramy się działać. Zobaczycie jeszcze wiele dobrych skeczy w naszym wykonaniu, jednak ich realizacja jest bardzo wymagająca, ponieważ bardzo  wysoko zawiesiliśmy sobie poprzeczkę.

Jazda po bandzie!

M.W.: Pomówmy jeszcze o twojej pasji do tatuażu, jeśli pozwolisz mi posłużyć się takim stwierdzeniem – kiedy i u kogo wykonałeś swój pierwszy tatuaż?

A: Pierwszy tatuaż wykonałem w 2011 roku u Sebastiana w Bloody Art Tattoo w Gdańsku (obecnie pod tym adresem mieści się studio Samsara Stigma Project – przyp. aut). Wzór przedstawia postać Jokera w stroju Batmana i w symboliczny sposób nawiązuje do polityki; przyjemniej tak mi się ta tematyka kojarzy. Później nadszedł taki etap w moim życiu, że miałem na oku coś, co będzie przypominało mi o zachowaniu dystansu do świata i własnych problemów. Zatem zdecydowałem się na portrety moich ulubionych komików: Billa Hicks’a oraz George’a Carlin’a. Ich żarty na temat życia i śmierci bardzo mnie bawiły, a przy tym dogłębnie poruszały Później natrafiłem na studio Nie mów mamie, gdzie Sowa i Łukasz robią kapitalne dziary. Wszystkich oczywiście serdecznie pozdrawiam!

M.W.: Jesteś fanem realistycznej stylistyki? Jaki styl w tej sztuce najbardziej przypadł ci do gustu?
A: Postanowiłem, że jeden z rękawów zrobię kolorze a drugi w czerni. Na lewej ręce mam wzory, które w sposób metaforyczny przedstawiają ważne dla mnie rzeczy, przykładowo: klauna, który powiesił się na swoich własnych balonach, rękę kapitalizmu, wciskającą Ziemię do granic możliwości, czy stereotypowego samca-konsumenta, jakim nigdy nie chciałem się stać. Na wewnętrznej części przedramienia zdecydowałem się wytatuować sobie bombę atomową, ponieważ to motyw często przewijający się w moich koszmarach. 

M.W.: Czy festiwale tatuażu to wydarzenia, które nie są ci obce? Otrzymałeś kiedyś propozycję występu na konwencie? A może chciałbyś wystąpić na tej scenie w przyszłości?

A: Jasne, wystąpiłem raz na konwencie tatuażu w Sopocie. To było bodajże w Zatoce Sztuki Koksu (obecnie Nowa Zatoka, przyp. aut). Zauważyłem, że podczas imprezy wchodziły najbardziej hardcore’owe żarty o seksie; prawdziwa jazda po bandzie! Bardzo specyficzny i energetyczny wieczór, jaki miło wspominam. Chętnie jeszcze raz wziąłbym udział w podobnym wydarzeniu.

M.W.: Na sam koniec chciałam zapytać, czy planujesz kolejne tatuaże?A: Oczywiście! Jednak przede wszystkim chciałbym najpierw dokończyć i wypełnić oba rękawy, a później będę zastanawiał się co dalej. Chyba już czas odezwać się do moich starych, dobrych, ulubionych tatuatorów.

Wywiad z Adamem Van Bendlerem jest już ostatnim wpisem, jakim dzielę się z Wami w tym roku. Dziękuję w imieniu całego teamu platformy INKSearch wszystkim użytkownikom i czytelnikom naszego bloga. Życzymy sobie i Wam, aby nadchodzący 2021 był czasem, w którym spełnimy wszystkie niezrealizowane cele oraz marzenia, a także zaznamy więcej spokoju i stabilizacji w gronie naszych najbliższych!

[…] wystąpiłem raz na konwencie tatuażu w Sopocie. To było bodajże w Zatoce Sztuki Koksu Zauważyłem, że podczas imprezy wchodziły najbardziej hardcore’owe żarty o seksie; prawdziwa jazda po bandzie!

Adam Van Bendler



Zostaw komentarz